„I nie wódź się na pokuszenie” Lista czytelników bloga nie rośnie? Wykorzystaj szansę i zacznij się promować w tych miejscach.


Bezdzietni vs dzieciaci


30 sierpnia 2016, 20:15 | 28 komentarzy | 10 110

Ostatnio pewna kobieta zwróciła w parku uwagę pani w średnim wieku, tłumacząc że plac zabaw nie jest właściwym miejscem do spaceru z psem. W odpowiedzi spotkała się z najgorszymi inwektywami pod własnym adresem. Spór wynikał z tego, że jedna strona bawiła się na tym placu zabaw ze swoim dzieckiem, a druga wychowanie dzieci miała już dawno za sobą i liczyło się dla niej to, co wygodne dla niej i czworonoga.

Pełzająca wojna międzypokoleniowa

Konflikt między rodzinami i singlami, choć z pozoru niewidoczny – co pewien czas wybucha na nowo. Ciężko w sposób jednoznaczny go opisać, bo przybiera różne formy. Niekiedy pojawia się w formie dyskusji na temat karmienia piersią w miejscach publicznych, wpuszczania rodziców z dzieckiem do restauracji czy też sprzątania po psach w kontekście późniejszej zabawy na tym trawniku dzieci. Zawsze jednak jeśli się pojawia spór to każda ze stron idzie na noże.

Życie przyniosło nam kolejny obrazek. Trafiliśmy całą rodziną do apartamentu na Wilanowie. Mieszkanie z sufitem 4 metry nad naszymi głowami, wewnętrzne kręcone schody na piętro, kominek, salon połączony z kuchnią który miał chyba tyle powierzchni ile nasze całe mieszkanie. I lokator – sympatyczny, zadbany młody mężczyzna. Rozmawialiśmy o szkle hartowanym do ekranu tabletu. Nasz rozmówca zapewniał, że etui wystarczy. My doświadczeni w bojach wiedzieliśmy, że przy dzieciach sytuacja wygląda trochę inaczej. Mężczyzna słysząc naszą obawę o ekran niewiele myśląc odpowiedział:

– Znam tylko jedną ochronę przed takimi sytuacjami, ale to trzeba wcześniej pomyśleć, zanim pojawi się dziecko. – i wymownie się uśmiechnął.

Zamurowało mnie. Nasz rozmówca pół-żartem pół-serio próbował zwrócić nam uwagę na antykoncepcję, jakby każde dziecko, które się rodzi miałoby być dziełem przypadku połączonym z brakiem skutecznego zabezpieczenia. Ja wiem, że mężczyzna powiedział to bezosobowo i pewnie nie w złej woli ale mimo wszystko żałuję, że nie zapytałem:

– Czy przypadkiem czegoś nam Pan nie sugeruje?!

Rodzic nie zrozumie singla, a singiel rodzica

To prawda, że żyjemy w tak różnych światach, że ciężko znaleźć nam wspólny język. Będąc singlem życie nie toczy się wokół dzieci (swoją drogą będąc rodzicem też nie powinno, bo choć dziecko angażuje i wymaga opieki to jego przyjście nie powinno pozbawiać rodziców życia pozapieluchowego). Dla osób nie posiadających dzieci obce są rozmowy o pieluszkach czy deserkach. Zamiast poszukiwać nowego placu zabaw single wolą wybrać się do nowej kawiarni lub klubu. I prawidłowo – niech się bawią. W końcu to najlepszy czas na prowadzenie życia towarzyskiego, a również dobry czas na popełnianie i uczenie się na swoich błędach. Nie zabraniajmy im tego, aby ktoś patrząc z pewnej perspektywy nie powiedział do nas „nie pamięta wół jak cielęciem był”.

Tarcia pojawiają się bardzo często wtedy, gdy rodzic starając się zapewnić bezpieczeństwo i dobry start swoim dzieciom, spotyka na swojej drodze wyluzowanego i beztroskiego singla, wtedy jest jak taran. Z kolei kiedy singiel natrafi na kilkuletnie dziecko, które się nie słucha rodziców, krzyczy lub płacze na zmianę, wtedy ma serdecznie dość takiego towarzystwa i zdarzy mu się otwartym tekstem skomentować zaistniałą sytuację. I ma słuszność – szczególnie jeśli rodzic udaje, że to nie jego dziecko.

Aby uniknąć konfliktów potrzeba wyczulenia na siebie nawzajem. Wzajemne wyzywanie się od Piotrusiów Panów w przypadku singli i wielodzietnych Januszów, którzy cieszą się ze swojej męskości i płodności pod budką z piwem w przypadku ojców (tego porównania sobie nie wymyśliłem, znalazłem je w jednej z internetowych dyskusji) w żaden sposób nie przybliży nas do porozumienia.

Rodzicem być

Będąc rodzicem nie wymagam od siebie jakiegoś szczególnego traktowania. Jeśli młody zaśnie chwilę przed zakupami w samochodzie, potrzebuje zregenerować akumulatory i nie da się go w żaden sposób obudzić to nie zastanawiam się tylko biorę śpiocha na ręce i idę kupić to, co potrzeba. Byłbym głupi, gdybym ukrywał się za cierpiętniczą miną i oczekiwał współczucia albo lepszego traktowania, bo noszę dziecko na rękach. Podobnie jak wychodzimy razem z żoną w widocznej ciąży na zakupy. Nie lubimy dopominać się o pierwsze miejsce w kolejce, bo ludzie są różni i reagują też bardzo skrajnie. Większość w momencie gdy zauważy taką sytuację, przepuszcza nas i powie dobre słowo.

Identyczną postawę warto przyjąć w stosunku do singli/par bezdzietnych. Nie ma powodu dla których rodzic miałby się obrażać, dlatego że ktoś jest na innym etapie życiowym. Nieporozumienia pojawiają się z braku świadomości jak zmieniła się sytuacja każdej ze stron. Młodym rodzicom, którzy nie mają blisko dziadków ciężej jest wyjść późnym wieczorem na spotkanie ze znajomymi, bo muszą położyć swoje dziecko i zostać w domu aby być z nim w razie gdyby się przebudziło. Nieporozumienie pojawia się też po drugiej stronie, kiedy singiel spotykając dawno nie widzianą znajomą (np. świeżo upieczoną mamą) zostaje uraczony 20-minutową historią o rozwoju dziecka, przeszkodach w wychowaniu i sposobach radzenia sobie z nimi, kupach, pieluchach, smrodzie i bąkach.

Podstawą jest słuchanie siebie nawzajem, cierpliwe tłumaczenie i otwarta rozmowa. Tego właśnie życzę każdej ze stron licząc, że możemy znaleźć nić porozumienia i się dogadać, mimo często diametralnie różnej sytuacji w jakiej się znajdujemy.

Jeśli znalazłeś jakąś literówkę, daj mi o tym znać poprzez zaznaczenie tekstu i wciśnięcie kombinacji Ctrl+Enter.

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli dołączysz do mnie na Facebooku!

Kamil Lipiński – przedsiębiorca, bloger, projektant stron www, założyciel Mocnej Grupy Blogerów oraz człowiek, który ma wielką nadzieję na to, że można się czegoś sensownego o WordPressie dowiedzieć w 500 sekund.
Wierzący (bynajmniej nie w technologię) geek.
  • Ika

    Akurat plac zabaw nie jest miejscem dla psów i palaczy, co jasno określa zazwyczaj regulamin, więc w tym pierwszym przypadku byc może jednak racja byla po stronie rodzica, hm?

    • Masz stuprocentową rację. Kobieta z psami i mężczyzna, który się temu przyglądał i postanowił dolać oliwy do ognia oczerniając matkę zachowali się najdelikatniej mówiąc niezrozumiale. A mniej delikatniej – jak buce.

  • Pies na placu zabaw to przegięcie, ale poza tym to myślę, że i jedni i drudzy powinni mieć otwarte umysły. Dla każdego rodzica jego dziecko jest na pierwszym miejscu i instynktownie działa tak, by je chronić. Z drugiej zaś strony pamiętam jeszcze czasy przedmacierzyńskie, gdzie naprawdę piski i krzyki dzieci doprowadzały mnie do szału :) Potem stanęłam po drugiej stronie i już widzę więcej :)

  • Jestem pod wrażeniem tematu i jakości tekstu. Świetny! Myślę, jako matka dwójki dzieci, że porozumienie tych dwóch grup to kwestia ogólnie pojętej tolerancji i życzliwości. A jest deficyt:(
    Ale ponieważ jestem matką, to na wszelkie postawy nietolerancji i agresji wobec dzieci, reaguję zawsze pytaniem: państwo dziećmi nie byli? Czasem działa, czasem nie.
    Pozdrawiam serdecznie.

    • To pytanie, które zadajesz jest szalenie ważne, bo pozwala spojrzeć z innej strony na sprawy. Jeśli ktoś jest w stanie podjąć wysiłek i spojrzeć tak jak by patrzyło na tą sprawę dziecko to w porządku. Gorzej jak jest leniwy i tego nie zrobi, a odpowie agresją.
      Chociaż z drugiej strony czasami to pytanie może być formą usprawiedliwienia nieznośnego zachowania dzieci. Różnie bywa i trzeba patrzeć możliwie obiektywnie na każdą sytuację.

      • Kamil, ja nie wychodzę z założenia, ze dzieciom wszystko wolno. Pytanie moje zadaję, kiedy ktoś usiłuje uciszyć dzieci na placu zabaw albo przeszkadza im, ze grają w piłkę. Sama przeżyłam kiedyś akcję z moimi dziećmi, gdzie w sklepie, w którym był kąt właśnie dla dzieci, pewna starsza kobieta zaczęła ich upominać, że głośno rozmawiają budując klocki i wyskoczyła do mnie, że ich nie wychowałam. Takie obrazki codzienne:)
        Wszyscy mamy granice, ale problem leży w ogromnym braku tolerancji w społeczeństwie. A na dzieciach wyżyć się najłatwiej, bo się nie obronią.

      • Ooo, no to faktycznie – wtedy trzeba reagować. Przypuszczam że większości tych osób „czepialskich ponad normę” przeszkadzają nie tylko dzieci ale też inne sytuacje. Może inaczej nie potrafią i poprzez swoją frustrację chcą zwrócić na siebie uwagę. Nie wiemy co dokładnie w tych ludziach siedzi.

  • Oj, żeby każdy tak myślał, był tak wyrozumiały, przewidujący i empatyczny to by nam wszystkim żyło się jak w raju. Gratuluję tekstu.

    • Przypuszczam, że jestem zbyt mało empatyczny wobec singli. Kilka lat w związku i kolejne kilka w małżeństwie zmienia perspektywę. Zresztą, co ja się będę wymądrzał. Sama Iwona wiesz jak to jest, czytałem na Twoim blogu że masz dorosłego syna więc to Twoja cierpliwość jest pewnie częściej wystawiana na próbę ;)

      • ale staram się o cierpliwość, bo pamiętam jak było – Piotrek był wszędobylskim dzieckiem, wszędzie było go pełno

  • Zrozumienie – podstawa kontaktów międzyludzkich :)
    Natomiast jeśli chodzi o „wrzeszczące dzieci” – w czasie wielu moich podróży poza Europę zdziwiło mnie, że w krajach, w których jest % dużo dzieci jest często o wiele spokojnej jeśli chodzi o to dziecięce krzyki. W środkach transportu, w sklepach, na ulicy. Dzieci są, jest ich dużo, ale głośne są głównie przy zabawie. U nas jest zupełnie inaczej. Więc to musi być kwestia wychowania i kultury.

    • Ciekawe z czego to wynika. :) Miałem okazję w ostatnich dniach uczestniczyć w adaptacji przed przedszkolem. Polskie dzieci są takie głośne.

  • Często widuję słowa narzekania na rodziców z dziećmi, głównie na dzieci, gdy się drą jak opętane w środku nocy lub w transporcie publicznym. To jest przestrzeń wszystkich, ale potrafię zrozumieć co wkurza w takich chwilach i nie chodzi o zwykłe marudzenie małych ludzi, tylko o to, że rodzice nie reagują na takie zachowanie.

    Wiadomo, każda ze stron reprezentuje zupełnie inny typ życia, single żyją inaczej niż rodzice, tylko czy aż tak inny? Bo ja osobiście częściej nie mogę się dogadać z rodzicami niż singlami czy parami bez dzieci. Bo wiesz, to taka grupa ludzi, gdzie naprawdę spory procent uważa, że jest najlepszy i może wszystkim robić wykłady na temat wychowania dzieci.

    Ale może ja się nie znam? Bo jeszcze sami nie byliśmy po żadnej stronie „konfliktu”.

    • Każdy ma inne doświadczenie, więc pewnie nie spotkałaś się z tego typu sytuacjami. A w temacie rodziców to masz rację – łatwo stać się z nauczyciela/świadka moralizatorem, z którym ciężko się dogadać.

  • Zgodzę się zrozumienie, ale to jest teoria, praktyka wygląda trochę inaczej – w moim przypadku.
    Niestety jest bardzo wielu bezdzietnych, którzy nie rozumieją dzietnych i tak zostanie.
    Mi powietrze z kół schodzi jak widzę moje studenckie koleżanki z „pieluszkowym zapaleniem mózgu” – nie mają innych zainteresowań jak tylko około rodzicielskie.
    Przy każdej próbie zmiany tematu następuje uwaga „nie, nie chodzę do kina – wiesz dziecko to obowiązek, nie, nie czytam książek, nie mam kiedy- wiesz dziecko mam” i tak naprawdę nie mam ochoty się więcej z nią spotykać, bo ja nie mam ochoty wysłuchiwać o dziecku i sprawach z tym związanych, a ona zapewne nie ma ochoty wysłuchiwać o moich „problemach” – nie mamy wspólnych tematów.
    Dziecko najczęściej (nie zawsze) z inteligentnej, znającej się na sztuce, lubiącej literaturę kobiety robi kwokę, której życie zaczyna i kończy się na dziecku.
    I ok, ma do tego prawo tak jak ja mam prawo do swoich „pasji”.

    • Szczęśliwie to taki etap w życiu który przemija. Do kina z czasem można się wybrać, a czytanie książki jak dziecko pójdzie spać okazuje się być całkiem realnym osiągnięciem ;)

  • Wiesz, że miałam pisać o tym samym- ale z drugiej strony :)

    „Aby uniknąć konfliktów potrzeba wyczulenia na siebie nawzajem.” – i tyle wystarczy. Nie potrzeba nic więcej. Oczywiście: ideał nie do osiągnięcia, z prostej przyczyny; ludzie myślą tylko o sobie. Nie chcą zrozumieć drugiego człowieka czy wyjść mu naprzeciw.

    Przez dosłownie dobę „polubiłam” fanpage’a „Nie chcę mieć dzieci” -licząc, że coś konstruktywnego tam piszą, typu tego, który podałeś: jak wychodzić sobie nawzajem naprzeciw, jak np.planować imprezy rodzinne z udziałem dzieci itp. Nic z tych rzeczy. 177 osób nakręca się cały czas, wrzucając treści „anty-bachorowe” , np.sytuacje w sklepie ,kinie itp. Potem wychodzą na ulicę, nakręceni na nowy, bachorowy news, który wrzucą. Bez dobrej woli nic się nie zmieni.

    A tak przy okazji, odkryłam jakiś czas temu -po sobie- że ludzi bezdzietnych nie tyle wpieniają dzieci (choć to też, nie ukrywajmy, jeśli ktoś lubi ciszę, spokój na przykład) co…..ich rodzice. Np. pozwalający sikać 2-latkowi przy ścianie wejścia głównego do Tesco… albo pochwalający kradzież napoju.
    Patrzysz na takiego „rodzica” i myślisz: „To dziecko będzie takie samo!”.

    ps. żartem na temat płyty się nie przejmuj-sama mam tym podobne poczucie humoru, a nie mam na myśli nic strasznego ;-)

  • Przyznam, że to dla mnie trudny temat, bo ani nie mam rodziny, ani też nie mam dzieci. Moją jedyną oborną jest chyba tylko to, że studiuję Pedagogikę, więc rozmowy o dzieciach, rodzicach i wychiwaniu nie są mi obce aczkolwiek własnej rodziny nie mam, więc postrzegam to z trochę innej perspektywy. Każdy z nas jest na innym etapie życiowym, ale tak jak piszesz – nie ma sensu się z tym obnosić.

  • Aktualnie jestem na etapie, w którym tym dzieciatym zazdroszczę małych bobasów, bo jeszcze nie mam swojego. Pole do popisu będę miała po kwietniu (planuję ślub) przeszłego roku. Dlatego na razie czytam, dowiaduję się i nie oceniam :)

  • Magdalena Bur

    A ja ostatnio często słyszę, że nie rozumiem pewnych sytuacji bo nie mam dzieci… cóż… łapię się też na tym, że zmniejsza mi się tolerancja na krzyczące i biegające po restauracjach dzieci, maluchy ściągające rzeczy z półek a najbardziej na rodziców, którzy traktują dzieci jak święte krowy :) no cóż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia…

  • Wielokrotnie dochodziło już do starć pomiędzy mną a moją siostrą – matką dwójki dzieci. Przyznaję się bez bicia, że wielu rzeczy nie rozumiem, że ja na jej miejscu zrobiłabym coś inaczej, inne zabawy, inne podejście do dzieci itp. Może to kwestia mojej pracy, bo co prawda pracuję z dziećmi, ale mimo wszystko sporo starszymi. Koniec końców dochodzę do wniosku, że jej dzieci to jej sprawa. Ja będę się martwić swoimi za X lat :)

  • Ja przez kilka lat słuchałam, jakie to moje dziecko jest niegrzeczne i głośne…po czym ten ktoś też sprawił sobie dzieciątko. I nagle komentarze o głośnych i niegrzecznych dzieciach się skończyły ;)

  • Masz rację. Podstawą jest próba wzajemnego zrozumienia a także szacunek dla drugiej strony.

  • eV

    Trudno mi nie krytykować wielu dzietnych, skoro tak często w znacznym stopniu uprzykrzają mi życie. Idę sobie chodnikiem, nagle wjeżdża we mnie rower, z odruchu krzyczę „uważaj!” jeszcze zanim zobaczę, że sprawcą jest kilkuletnie dziecko. Za nim jedzie matka. Zatrzymuje się obok mnie i wyzywa mnie od… [nie będę przytaczać] że niby wyrzucam coś jej dziecku (które odjechało już 100 metrów dalej przy ruchliwej ulicy, ale jej to nie obchodzi). Inna sytuacja – siedzę w pociągu, dziecko zaczyna oblepiać wszystko wokół siebie czekoladą, matka czyta gazetę a na zwrócenie jej uwagi żeby popilnowała dziecko, ona się wścieka że jak mogę jej pięknego pączusia krytykować. W autobusach dzieci drą się, a rodzice maja to w małym palcu i udają, że ich to nie obchodzi. Wózek traktowany jako taran to już tradycja.

    I tak, nie mam nic do rodzicielstwa, potrzeby posiadania dzieci i ich posiadania. Nie przeszkadza mi karmienie w miejscu publicznym czy wchodzenie z dziećmi do restauracji. Przeszkadzają mi tylko rodzice, którzy nie przygotowali się psychicznie i fizycznie do posiadania dzieci i chcą, aby okoliczni ludzie się zajęli ich potomstwem.

    Osoby bezdzietne (niekoniecznie single – wydawało mi się, że singiel to określenie kogoś kto nie ma partnera) też oczywiście mają swoje za uszami. Czasem nie ustępują miejsca w autobusie kobietom z dziećmi czy ciężarnym. Afera z karmieniem piersią to już w ogóle jakiś dramat – jak komuś ten widok przeszkadza, to niech odwróci wzrok, nikt nie każe mu patrzeć na karmiącą matkę. Tylko wydaje mi się, że to jest bardziej kwestia bycia bucem a nie braku dzieci. Choć może i to wyżej też nie wynika bezpośrednio z rodzicielstwa.

  • Justyna Kosieradzka

    Dobry tekst i ważny. W zabieganiu trudno wykrzesac z siebie trochę empatii i zauważyć, ze mój punkt widzenia nie jest priorytetem ogółu.

  • Ja zauważyłam, że od kiedy zostałam mamą bardzo poluzowały mi się kontakty ze znajomymi, którzy nie mają dzieci. na początku to była głównie kwestia różnych układów dnia – kiedy oni kończyli pracę i mogli się spotkać ja właśnie zaczynałam karmić i usypiać małą. A teraz coraz bardziej widzę, że zwyczajnie „się rozjechaliśmy”. Nawet jak się spotykamy, to zdajemy sobie wzajemnie relację z tego co u nas słychać, i w sumie niewiele ponad to. `Na początku było mi przykro z tego powodu, ale teraz to zaakceptowałam. Po prostu na różnych etapach naszego życia różni ludzie są nam bliżsi. Natomiast jakoś nie postrzegam tego w kategorii konfliktu. No przynajmniej do tej pory nie postrzegałam ;)

    • U nas też poluzowały się kontakty z wieloma znajomymi ze względu na obowiązki związane z młodym ale nie daliśmy za wygraną. Częściej zaczęliśmy zapraszać do siebie na późny wieczór aby położyć brzdąca i móc na spokojnie pogadać czy pograć w planszówki. :)

  • mam mieszane uczucia po wpisie choć przyznam, że z tym tematem spotykam się dosyć często. Dzieciaci – życie ubogacone. Bez dzieci – czegoś w życiu zabrakło, są pozbawieni „pewnego” pierwiastka. Pamiętam, że na naukach przed małżeńskich była mowa, że bezdzietni są stworzeni do innych celów – czy wyższych, zostawię pole dla odpowiedzi. Dla mnie sprawa wygląda tak, że każdy żyje po swojemu, natomiast wytykanie komukolwiek – czy w jedną czy druga stronę – jest nie na miejscu. Każdy ma wolny wybór. i Kropka.

Subscribe without commenting




Instagram

Raport o literówce

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: